- (13 strony)
-
- 1
- 2
- 3

- Ostatnia »
Nasza twórczość
#1
Napisano 29 listopad 2009 - 21:30
89% graczy uważa że najważniejsza jest grafika, jeśli należysz do tych pozostałych 11% to znaczy ze grasz/grałeś w TIBIE i chcesz sie przed tym faktem usprawiedliwić :)
#3
Napisano 30 listopad 2009 - 21:28
Silent Strom jest grą w stylu, którego poszukiwałem dość długo. Produkt JoWood'a oczarował mnie jednym - swoim podejściem do tematu II wojny światowej. Gra jest rewelacyjna dla tych, którzy interesują się tą tematyką, ale również dla tych, którzy lubią gry strategiczne.
Rozgrywka
Silent Storm jest strategią, ale turową, jednak to nie przekreśla tego tytułu. Powód? Dobre wykonanie całego systemu turowego. Do każdej akcji swojej postaci potrzebujemy określonej ilości punktów akcji. Akcji, które możemy wykonać w trakcie tury jest masa - od zwyczajnego strzału serią przez otwieranie skrzyni po podnoszenie przeciwnika z ziemi. Liczba punktów akcji zwiększa się wraz z rozwojem postaci. Oprócz tej statystki są również inne jak na przykład przerywanie. Przerywanie polega na tym, że jeśli zostawimy wystarczającą liczbę punktów akcji postaci, może ona po prostu przerwać turę przeciwnika, jeśli dostrzeże jednego z nich i oddać strzał (jeśli starczy jej na to punktów akcji). Broni jest dużo, chociaż na początku arsenał jest nie wielki później się powiększa. Teraz o samej kampanii. Możemy grać po stronie Osi lub Aliantów. Na początku sterujemy jednym stworzonym przez siebie żołnierzem a potem dowodzimy nimi aż sześcioma. Historia nie jest do końca zgodna z prawdą historyczną przez co i niektóre misje bywają zaskakujące. Ciekawą opcją jest celowanie w określone części ciała. Trzymamy sobie na przykład num 8 i nasz snajper celuje delikwentowi w główkę.
http://img341.imageshack.us/img341/9794/scrnshot291109111045.png
By maruszynka
Rozwój postaci
W Silent Storm nie zabrakło elementów RPG. Postać dostaje doświadczenie za każde wykonywane akcje. Statystyki są różne jednak nie powiększamy je przez jakieś punkty umiejętności, ale przez działanie w praktyce. Jeśli na przykład żołnierz często strzela długimi seriami z karabinów zwiększa mu się statystyka "strzelanie seriami", co powoduje, że w przyszłości jego strzały będą celniejsze. Nabijanie poziomów służy w Silent storm wyłącznie do inwestowania w umiejętności na specjalnym "drzewku". Każda klasa posiada inne. Klas jest 5: Żołnierz, snajper, inżynier, granadier oraz medyk. Wszystkie umiejętności są pasywne (niestety), jednak mądre rozdysponowanie punktów wzmacnia całą drużynę.
http://img509.imageshack.us/img509/5420/scrnshot291109114529.png
By maruszynka
Grafika i fizyka
Gra nie ma jakiejś cudnej grafiki, jednak ładne są nie które efekty. Przy wyższych detalach widać rozbryzgającą się krew, dziurawe głowy i wiele innych fajnych szczegółów. Co do fizyki - zniszczyć można wszystko. Pamiętna moja sytuacja gdy "bawiłem się w komandosa". Wrzuciłem przez okno granat na pierwsze piętro budynku a tu zaraz, wypada i uderza o ziemię z wielką siłą mój przeciwnik. Takie akcje w tej grze są częste a jeśli do jakiegoś budynku nie możemy się dostać drzwiami, gdyż są zamknięte a nasz inżynier nie potrafi sobie z nimi poradzić, po prostu rozkazujemy naszemu żołnierzowi wyjąć rakietnicę i zrobić nowe przejście.
Strategia
Ktoś mnie spyta - co w tej grze strategicznego? A to, że trzeba przemyśleć każdy ruch nawet najdrobniejszy. Próbowałem zrobić wiele misji trybem "kamikaze", w którym wlatywałem 6żołnierzami na trybie biegu i nawalałem seriami po wszystkim co się ruszało. Konkretniej to zabiłem tylko 2 i padła cała moja ekipa. Jeśli ma się pomysłową taktykę można zdjąć parunastu przeciwników bez zbędnego robienia szumu - oto co w tej grze jest strategiczne.
Podsumowanie
Moja ocena tej gry 8.5/10
Czemu nie 9+? Gra w niektórych momentach po prostu nudna lub po prostu czasami brak wolnej gry. Tak w tej grze możemy tylko sobie pozwolić na kampanie, niestety w tym aspekcie ta gra mnie zraziła.
Plusy:
+Dobry system tur
+Dobra fizyka
+"Strategiczność" gry
Minusy:
-Momentami monotonna
89% graczy uważa że najważniejsza jest grafika, jeśli należysz do tych pozostałych 11% to znaczy ze grasz/grałeś w TIBIE i chcesz sie przed tym faktem usprawiedliwić :)
#4
Napisano 01 grudzień 2009 - 21:55
Ale niech starce:
Assassin`s Creed II
Desmond. Desmon Miles. Zwykły barman, złapany z powodu swoich przodków. Tym razem ma bardziej przerąbane niż mu się wydaje.
Assassin`s Creed 2, będzie bez wątpienia najgorętszym tytułem tegorocznej zimy. Jedynie co nastrój zabawy zepsuło przesunięcie polskiej premiery gry na 4 grudnia. Akurat doskonały prezent na “Mikołaja” ;) Ludzie zaczynają już grać, kupując grę w wersji UK bądź, ściągają z internetu. Ja jestem dopiero co po skończeniu tej gry (no dobra, mineły trzy i pół dnia) i nadal jestem pod wielkim wrażeniem tego co zrobiła ekipa z UbiSoft Montreal.
Cała akcja gry zaczyna się w momencie kiedy Lucy Stillman, wpada do laboratorium Abstrego i każe naszemu protagoniście wskakiwac do Animusa. Po krótkiej wymianie zdań, Desmond kładzie się na Animusa i… Zaczyna się najbardziej nietypowy tutorial w grze jaki widziałem. Wszystko dzieje się w ramach narodzin naszego przodka. Jako niemowlak musimy wciskać odpowiednie guziczki aby bobasek pokazał, że żyje. I wtedy też poznajemy Ezio Auditore de Firenze, naszego przodka z renesansowych Włoch.
Dlaczego Włochy i dlaczego renesans? Ano dlatego, że w czasie kiedy Europa była jednym wielkim ciemnogrodem, Włochy, a dokładniej włoskie miasta, bo Italia jako taka nie istniała w tamtych czasach jako państwo. To tam powstwały takie budowlne jak katedra Santa Maria del Flore we Florencji czy Bazylika Świętego Marka. To w tych czasach żył Leonardo da Vinci jeden z najwybitniejszych wizjonerów. Akcja gry rozpoczyna się dokładnie w drugiej połowie XV wieku i wtedy to poznajemy Ezio jako noworotka.
Żeby nie zagłębiać się bardziej w szczegóły fabuły napisze o tym, że pierwsze spotkanie po noworodku, jest kiedy to Ezio ma zamiar bić się z synem z innej wielkiej włoskiej rodziny, czyli z młodym Pazzim. Ezio wtedy ma lat 17. Biegamy po Florencji wykonujemy proste misje i ogólnie jest przyjemnie. Aż do momentu schwytania ojca Ezio – Giovanniego pod zarzutem przewrotu we Florencji. Zostaje złapany senior Auditore oraz bracia Ezio. Wtedy to też nasz młodzian pierwszy raz zakłada strój Assasyna, odziedziczonym po ojcu i znalezionym poprzez jego wskazówki. Ogólnie fabuła może i nie jest powalająca, kręci się wokół śmierci najbliższych. W czasach młodości Ezio poznaje także Leonarda da Vinci, który staje się swoistym Dr.Q.
Tyle o fabule co żeby wam nie napsuć zabawy. Szybkim skokiem przejdziemy teraz do tego co widzimy na ekranie oraz tego co słyszymy z głośników. Może wpierw warstwa audio. Wszystkie melodie tła zostały skomponowane przez jednego z lepszych kompozytorów muzyki do gier – Jesper`a Kyd`a. Większości graczom powinno coś mówić to imie i nazwisko. A jeżeli mowa o jego dokonaniach to ma na swoim koncie między innymi ścieżkę dźwiękową z gier serii Hitman. Muzyka jest miła, przyjemna dla ucha i odpowiednio dobrana do sytuacji dziejącej się na ekranie. A to co widzimy na ekranie jest jakby to określić, czymś troszkę więcej niż w AC 1. Przy czym, druga część przygód Desmonda i jego przodków nie powiela błędów pierwszej części co cieszy. To co irytowało w jedynce znikneło z dwójki. Choć nie usterzono się błędów. Ale o tym może później, bo nie napisałem jak to jest z tym co mówią na ekranie. A mówią fajnie, z lekkim akcentem włoskim (bądź udającym włoski), zastepując niektóre słowa w ojczystym języku Ezio, czyli włoskim. Tak więc można poznać ciekawe wyrażenia w obcym języku. Dialogi może nie powalają, ale daja obraz tego o czym postacie rozmawiają. Ogólnie audio stoi na dość wysokim poziomie. Jest tak jak powinno być.
Zgryz może być w przypadku grafiki, bo nie rożni się ona aż tak jak w jedynce. Jest dopakowana na tyle, że wygląda ładnie. W moim prywatnym odczuciu zauważyłem także, że poprawiono mimikę twarzy postaci w cut-scenkach, dzięki czemu można często zobaczyć bez słów jak dana postać reaguje na sytuacje dziejącą się wokół niej. Środowisko jest bogate w detale otoczenia. W miastach po ulicach chodzi dość dużo przechodniów i nie zauważyłem żadnych spadków animacji. Czasami dziwnie zachowują się postacie zmarłych przeciwników, tak jakby Havok robił jakieś malutkie problemy. Ale nie zawsze się to zdarza i to jest najważniejsze. Na minus można zaznaczyć wodę, której rozplusk jest paskudny. Ładnie także wygląda efekt mokrego stroju Ezio i jego wysychanie.
Był dźwięk, była grafika, czas na gameplay. A w gameplay` u zaszyły widoczne zmiany, jedne na pierwszy rzut oka inne na drugi lub trzeci. Na pewno in plus jest rozbudowanie funkcji hidden blade`a. Prócz standardowego zabijania, z czasem dostajemy możliwość dodania trutki na ostrze, dzięki czemu można jeszcze bardziej nie zauważenie zabić nasz cel. A w zabijaniu celu pomaga nam nie tylko nasz spryt, ale także dwie z trzech frakcji w grze: kurtyzany oraz złodzieje. Te pierwsze np. odciągają strażników od celu swoim hmm… uwodzeniem, Ci drudzy wpadają w grupkę żołnierzy (którzy notabene teraz dzielą się na pare klas, ale o tym później) rabują ich i prowokują do tego, że strażnicy gonią naszych towarzyszy. Trzecia frakcja to żołnierze, którzy swoimi mieczami i toporami pomogą w walce z przeważającymi liczebnie przeciwnikami. A jak już jesteśmy przy przeciwnikach to czas napisać o ich rodzajach, które wspomniałem wcześniej i tak mamy cztery/pięć klas: szybkich zwiadowców, których można poznać po piórku na hełmie. korzystają oni głównie ze sztyletów i zadają szybkie ciosy, drugą klasą swą zwykli żołnierze (milicjanci), którzy mogą występować także jako łucznicy. Do tego dochodzą żołnierze w ładnych zbrojach, których określiłbym kapitanami, szperacze z dzidami oraz wielcy rycerze w potężnych zbrojach, których w sumie najtrudniej pobić. No i przejdźmy do otwartego konfliktu, czyli co się dzieje kiedy nas atakują? Ano dzieje się nie wiele. Jest bardzo podobnie jak w pierwszej części, czyli de facto przeciwnicy stoją grzecznie w kółeczku i po kolei atakują. Nie ma zbyt dużego ruchu, więc ogólnie można tak jak w jedynce wszystko sprowadzić do oczekiwania na kontre/rozbrojenie przeciwnika. I tak pokonamy nawet bardzo dużą grupę przeciwników. Więc walka przez jej schemat może się dość szybko znudzić. Do mechaniki gry warto także dopisać możliwość zmiany ekwipunku. I tutaj zaczynamy od takich rzeczy jak zbroja, przechodzimy przez broń do wszelkich upgradów naszych torebełek kończąc. Ah! Jako, że stajemy się właścicielem własnej willi warto inwestować w kupno wszystkich zbroi/broni i także obrazów. Wtedy wartość rezydencji wzrasta, przez co dostajemy więcej kasy do skrytki. A kase wydajemy nie tylko na ekwipunek czy obrazy, ale także na noże do rzucania, trucizny, bomby dymne (które skutecznie pomagają uciec z opresji), buteleczki z trucizną, czy amunicję do pistolecika, który to pistolecik jest stworzony przez Leonarda. Kase wydajemy także na naukę korzystania z broni. Dzięki takiemu czemuś możemy uzyskać dostęp do ciosów specjalnych wybranymi broniami. Warto nadmienić, że kupowanie coraz lepszego pancerza jest nawet potrzebne, ponieważ im lepsze żelastwo założymy na siebie tym więcej mamy kwadratów zdrowia, które właśnie w ten sposób się zdobywa, między innymi w taki sposób.
No i to by było na tyle. Nie mam zamiaru się rozpisywać o tej grze za bardzo, bo niestety i czasu mało i jakoś chęci odchodzą. W podsumowani napisze tyle, że jeżeli ciekawią Cię losy Desmonda Miles`a, oraz to jak rozwinęło się wszystko zapraszam do AC2. Jest to także zaproszenie dla ludzi, którzy nie grali w jedynkę, ale dla nich mam też informacje. Lepiej zagrajcie wpierw w jedynkę, później w dwójkę. Na dniach jeszcze zakupie sobie Assassin`s Creed: Bloodlines na PSP więc też możecie się spodziewać recki tej pozycji. Grę ukończyłem w trzy dni, więc sądzę że daje dużo zabawy.
OCENY:
Grafika: 8+/10
Dźwięk 9/10
Gameplay: 9+/10
Przy okazji zapraszam na http://zwirzok.wordpress.com
#5
Napisano 01 grudzień 2009 - 22:07
Użytkownik maruszynka dnia 30 listopad 2009 - 21:28 napisał
Bracie, masz problemy z ortografią i gramatyką ;] Przeczytaj sobie raz jeszcze i przemyśl, czy ten tekst na pewno nie jest pozbawiony błędów.
#6
Napisano 01 grudzień 2009 - 22:14
Użytkownik Zwirz dnia 01 grudzień 2009 - 21:55 napisał
Ale niech starce:
Assassin`s Creed II
To samo, co kolega wyżej, tylko nieco lepiej. Nie będę Wam wytykał błędów, sami dojdźcie, co nie jest tak i poprawcie.
#7
Napisano 01 grudzień 2009 - 22:20
Użytkownik Son dnia 01 grudzień 2009 - 22:14 napisał
domyślam się :) troszke niespójny tekst, napisany chaotycznie z błędami ;) Brak wyraźnego podziału co o czym. Prawda? :) Zdaje sobie sprawe z tych błędów i staram się je poprawiać w miarę sukcesywnie
#8
Napisano 01 grudzień 2009 - 22:21
Ja mam do zaprezentowania dwie. Jedną słabą, jedną dającą radę.
Zacznę od słabej, a będzie to filmik.
Nie przyznam się wam, który to ja, ale powiem trochę o samym filmiku.
Powstał z niepojętnej nudy. Nakręcony został (!) dwoma telefonami komórkowymi. Plusfonem i K550i.
To na tyle.
http://www.youtube.c...h?v=IADdG9F4MoI (part 1)
http://www.youtube.c...h?v=jRU1TvItIj8 (part 2)
A teraz już coś lepszego. Moje opowiadanie w klimatach post-apo czyli Fallouta.
Cytat
Ta historia zaczyna się w przyszłości, gdzie po kataklizmie wojny nuklearnej Ziemia i jej mieszkańcy, ludzie, egzystują żeby przeżyć. Innym wiedzie się lepiej, innym gorzej, a jeszcze inni są zadowoleni z swojego losu, chociaż nie są najszczęśliwsi. Ta historia opisuje przygody właśnie takiego człowieka.
Podszedłem do wybitego okna. W drugim końcu pokoju siedziała owinięta kocami i w futrze moja narzeczona Sara. Ja sam zaś nazywam się Xaraf i jak to się na takich u nas mówi, jestem łowcą szczęścia. Za oknem panowała bardzo zimna noc. Budynek, w którym się zatrzymałem był chyba starą biblioteką, nie wiem, ale było w niej mnóstwo książek, które przydały się na ognisko. Rozejrzałem się dokoła. Nikogo nie było widać, więc sam przespałem się obok ogniska. Nad ranem usłyszałem warkot silnika. Zdziwiłem się, ponieważ samochód to rzadkość w tych rejonach. Tylko wypalona ziemia i sterczące kikuty drzew gdzie niegdzie. Straszna okolica. Pojazd zatrzymał się pod biblioteką. Zrozumiałem że musieli zauważyć łunę bijącą od ogniska. Nie wiedziałem czy są przyjaźni, czy wrogo nastawieni. Obudziłem Sarę. Spakowaliśmy nasze koce do plecaków. Na klatce schodowej usłyszałem:
- Przeszukać tą budę!
Jakiś oprych w kominiarce i koszuli otwierał kolejno drzwi i zaglądał do nich. Trzymałem nóź w pogotowiu. Bardzo piękny nóż, który kupiłem za puszkę konserwy od drogowego handlarza. Oprych wsunął twarz do pokoju. Z całym impetem wbiłem mu ostrze między oczy. Upadł nie wydając z siebie żadnych dźwięków. Wciągnąłem go bardziej do pokoju i przeszukałem. Znalazłem przy nim kluczyki do samochodu i pistolet maszynowy Scorpion. Do tego scyzoryk, wodę i parę magazynków. Sara zachowywała spokój. W końcu to nie nasza pierwsza taka akcja. Pobiegliśmy korytarzem w kierunku schodów. Gdy zbiegaliśmy poleciała za nami niecelna seria z AK. Na parterze „długa” do wyjścia. Zauważyłem auto. Była to hybryda jakiegoś Opla i Peugeota. Wsiadłem razem z Sarą. Próbowałem odpalić, ale samochód długo rzęził i nie chciał się uruchomić. Te chwile wydawały mi się wiecznością. Trzech mężczyzn wrzeszcząc wybiegło z budynku. Wtedy potężny silnik pojazdu ożył. Ruszyłem z piskiem opon. Trójka zaczęła strzelać w swój własny samochód, niestety prowadzony już przeze mnie. Był świetnie opancerzony, więc nie musiałem się obawiać pocisków.
Prowadziłem z uśmiechem na ustach. Dosyć, że zdobyłem pistolet maszynowy, który był o wiele lepszy od noża, to dodatkowo los zesłał mi środek transportu. Wtedy przyszło mi do głowy, że coś może być schowane właśnie w moim nowym nabytku. Pojechałem w kierunku wypalonego lasu. Był dość daleko, ale z wozem odległość to nie problem. Wjechałem dość głęboko w las. Roznieciłem ogień. Sara usiadła obok ogniska. Ja przeczesywałem samochód. W schowku, w desce rozdzielczej były atlasy samochodowe, Beretta z dwoma naładowanymi magazynkami. Pod siedzeniem wiązka dynamitu. Na tylnym siedzeniu paczka konserw. W bagażniku leżały inne drobnostki jak licznik Geigera, granaty odłamkowe i fosforowe, jakieś narzędzia, kamizelka kuloodporna, hełm pamiętający czasy drugiej wojny światowej. Cztery maski przeciwgazowe. Już czułem się bogaty. Przeniosłem zawartość bagażnika na tylne siedzenia, a do niego wsadziłem nasze koce i futra na noc. Pistolet maszynowy powiesiłem sobie na szyi, a Berette dałem Sarze. Popatrzyła na mnie, a ja do niej:
- No weź. Nigdy nic nie wiadomo.
Posłusznie wzięła i schowała sobie do kieszeni w bluzie. Wyjąłem z samochodu puszkę z napisem „Wieprzowina” i podałem swojej towarzyszce. Zaraz potem sięgałem hełm i wyrwałem materiałowy ochraniacz na głowę. Podałem Sarze, mówiąc:
- Dawno nie gotowałaś. Może zjemy coś ciepłego?
Uśmiechnęła się.
- Dobrze powiedziała.
Potem najedliśmy się i przespaliśmy. Rano spakowałem nasze graty do samochodu. Sara jak zawsze po cichu wsiadła z przodu. Ja usiadłem za kierownicą. Przekręcając kluczyk w stacyjce zapytałem się jej:
- Gdzie jedziemy?
Samochód tak samo jak ostatnio długo nie zapalał.
- Zawsze chciałam zobaczyć morze - odpowiedziała tym swoim delikatnym głosem.
- Dobrze.
Sara się uśmiechnęła. Po raz pierwszy od jakiegoś czasu. Ruszyłem na północ. Otworzyłem atlas i wytyczyłem najlepszą trasę - starą drogę na Toruń. Jechaliśmy nią. Czasem zmieniałem się z Sarą. Ja w tym czasie spałem. Gdy chcieliśmy przejechać przez Toruń, zobaczyliśmy że całe stare miasto jest oświetlone jak choinka. Pełno uzbrojonych ludzi na odnowionych murach. Powiedziałem:
- Objedź to miasto.
Już minęła most do miasta, gdy maska samochodu wystrzeliła w powietrze. Sara krzyknęła.
- Co to? Mina? Atakują?
- Nie, nie. Raczej nam się silnik zatarł. Musimy tam iść – wskazałem na miasto.
- Nie podoba mi się to miejsce.
- Wolisz iść na piechotę? Sara pokręciła przecząco głową . No to spakuj nasze zapasy do plecaków. I ubierz kamizelkę.
Po spakowaniu ruszyliśmy podziurawionym jak ser mostem w stronę Starego Torunia. Inne rzeczy założyliśmy na siebie. W plecakach mieliśmy tylko jedzenie, koce, wskaźnik Geigera, dwie pozostałe maski, atlasy i narzędzia. Granaty przypiąłem sobie do paska. W ręce niosłem broń. Sara szła w futrze, pod którym miała kamizelkę, a pistolet trzymała za paskiem. Ruszyliśmy przez porozrywany most w stronę Torunia. Na miejscu przystanęliśmy. W oddali zobaczyłem dwa zbliżające się światła. Pociągnąłem Sarę do siebie i ukryliśmy się w ruinach. Usłyszeliśmy warkot silnika. Był to w połowie zjedzony przez rdzę Jeep Cherokee. Samochód minął nas i ruszył mostem w stronę naszego dymiącego auta. Pociągnąłem Sarę. Pobiegliśmy trochę, aż znaleźliśmy wyrwę w murze. Zajrzałem przez nią jednym okiem. Za okalającym miasto murem stało kilka klatek i inne pojazdy. Nie było widać żywej duszy. W oddali słychać było dziwny odgłos tarcie żelaza, o żelazo. Reflektory oświetlały miasto. Ludzie na murach jakby zniknęli. Przeszliśmy przez wyrwę. Sara poczekała w ukryciu. Ja wdrapałem się na parkan. Plecami do mnie stał facet. Zaszedłem go i wbiłem mu nóż w potylicę. O dziwo się nie przewrócił. Gdy obejrzałem go dokładniej, okazało się, że była to kukła z zabawką imitującą karabin. Zszedłem do Sary. Podeszliśmy do najbliższego budynku. Zajrzałem przez okno. W pokoju spał spokojnie Ghul. Na szafce, na wyciągnięcie ręki, miałem kluczyki do samochodów i rewolwer Colt Magnum Carry na 9mm. Taki sam kaliber jak Beretta. Dałem go Sarze. Ścisnęła go w ręku. Kluczyki miały breloczki z numerkami, a każdy samochód wielką cyfrę na masce. Nagle rozległ się hałaśliwy pisk. Brama do placyku z samochodami otworzyła się. Wjechał nią wcześniej widziany Jeep z naszą zdobyczą na holu. Sara zapytała:
- Skąd oni biorą energie na to oświetlenie i tą bramę?
- Nie wiem odpowiedziałem.
Śpiący Ghul obudził się i wyszedł z swojego domu z wkurzoną miną. Zaczął krzyczeć na cztery Ghule, które właśnie przyjechały.
- Co to za kurwa żarty? Gdzie są kluczyki od innych aut i gdzie moja broń!
- Szefie. My nic nie wiemy. Mamy tylko kluczyk od Jeep, a broni nie wzięliśmy.
Popatrzyłem na Sarę i wyszeptałem:
- Wychodzimy z ukrycia.
Popatrzyła na mnie i kiwnęła twierdząco głową. Wyszliśmy z cienia budynku, za którym się ukrywaliśmy. Zaszliśmy kłócące się Ghule z flanki. Jeden spojrzał w naszym kierunku i zaczął się cofać. Drugi chciał się na nas rzucić ale wycelowałem w niego karabinek. Ten, który kłócił się z innymi popatrzył na nas z uśmiechem i powiedział:
- Opuście broń, a ludzie na murach nie zrobią wam krzywdy.
- No dobra, ale dlaczego kukła miała by zrobić mi krzywdę? - odpowiedziałem.
Mina Ghula zrzedła.
- A więc nie daliście się nabrać gładkoskórki?
- Jak widać. Jakie napędy mają te samochody?
- Konwencjonalne. Gaz, benzyna, diesel.
- Skąd bierzecie te surowce?
- Ropę i etylinę sami wydobywamy.
- A i stąd to światło - wtrąciła się Sara.
- O pies się odezwał - wtrącił jakiś Ghul.
Rzuciłem się na niego i kopem w klatę, wywróciłem go na plecy.
- Kurwa coś ty mu zrobił? - wrzeszczał jego towarzysz.
Przeładowałem karabinek. Zapadła grobowa cisza.
- Ustawcie się w rzędzie - rozkazałem - A ty Saro ich pilnuj.
Potem do starego Ghula - Choć ze mną.
- Okej. Tylko spokojnie - powiedział trzymając ręce na karku.
- Który z tych samochodów jest w najlepszym stanie? - zapytałem.
Ghul wskazał mi stojącą na końcu placu Toyotę Hilux.
- Ile ma benzyny w baku?
- Pełen.
- Gdzie trzymacie zapasy paliwa?
Wskazał wiatę pod murem. Poszedłem z nim tam.
- Załaduj mi na pakę z sześć beczek.
- Ja?
- Tak kurwa. Widzisz tu kogoś innego?
Ghul posłusznie zaczął nosić beczki do Toyoty. Gdy załadował wszystkie kazałem mu jeszcze przełożyć jedzenie z naszego starego samochodu. Nie wiedziałem jakim arsenałem dysponowali, ale wolałem nie ryzykować pościgiem. Związałem i zakneblowałem Ghule. Kluczyk w Jeepie ułamałem w stacyjce. Sam z Sarą wsiadłem do Toyoty i ruszyłem nadal otwartą bramą kontynuować podróż. Gdy przejeżdżaliśmy przez most rzuciłem pęk kluczy do wody.
Jechaliśmy dalej. Toyota świetnie pokonywała drogę podziurawioną lejami po bombach. Przy drodze szedł młody człowiek. Nie odwracał się. Podjechałem koło niego, a następnie zatrzymałem samochód.. Wysiadłem i powiedziałem:
- Ty, gdzie idziesz? - nie odzywał się.
Wszedłem przed oczy. Człowiek odskoczył do tyłu. Następnie zobaczył Toyotę i zeskoczył z drogi. Wpadł w głęboki rów. Z trudem łapał oddech. Patrzyłem na niego z góry. Sara krzyknęła na mnie żebym mu pomógł. Zeskoczyłem na dół i podniosłem chłopaka. Gdy już stał na nogach powiedział:
- Nie mam nic wartościowego. Proszę, nie róbcie mi krzywdy.
- Spokojnie. Jak się nazywasz? - patrzył na mnie nie odzywając się. Krzyknąłem głośniej - JAK SIĘ NAZYWASZ!
Widząc pewnie ruch moich ust odparł:
- Straciłem słuch. Nie wiem co mówisz.
Chwyciłem kawałek asfaltu i napisałem na poboczu JAK SIĘ NAZYWASZ?. Powiedział że nie umie czytać. Machnąłem na niego ręką i wsiadłem do samochodu. Młodzieniec cały czas się na mnie patrzył. Sara nie spuszczała go z oka. Gdy ruszyłem Sara odwróciła głowę i stwierdziła:
- Chyba nie chcesz go tak zostawić?
- Muszę. Do tej pory przeżył, to i później da sobie rade.
- Jest straszny. Kiedyś mi obiecałeś że będziesz pomagał innym.
- Nie pamiętasz jak to było z tym pod Pragą. W nocy zwinął cały nasz dobytek i zniknął. Wybacz ale nie pomogę mu. Chyba że wolisz go niż mnie.
- Nie, to nie tak. Wolę Ciebie, ale on …- zamilkła.
Jechaliśmy dalej. W lusterku wstecznym widziałem jeszcze tego chłopaka siedzącego na szosie. Kolejnym przystankiem na naszej drodze była Bydgoszcz. Nigdy nie lubiłem przejeżdżać przez miasta. Od ludzi spotykanych na drogach dowiedziałem się że Bydgoszcz jest w miarę wtórnie ucywilizowaną metropolią. Chodziły słuchy że mają tam swoją bazę jacyś wojskowi. Interesował mnie tylko handel. Zatrzymałem się przed murem zrobionym z tego co się dało. Zatrąbiłem. W oknie autobusu, który robił za bramę, pojawił się starszy, zarośnięty mężczyzna. Krzyknął:
- Handel czy nocleg!?
- Handel!
Usiadł za kierownicą autobusu i ruszył. Wjechałem i zaparkowałem niedaleko. Podszedłem do mężczyzny, który cofnął prowizoryczną bramę i wysiadł.
- Niech mnie kule biją, toż to samochód.
- Taaar30; Tylko spróbuj coś z nim zrobić staruszku a flaki Ci wypruję.
- Spokojnie. Ja tylko podziwiam. Przeważnie ludzie w tych ciężkich czasach wędrują na piechotę. Zresztą ja mam swój skarb – wskazał z dumą na autobus.
Odwróciłem się od niego i zanurkowałem w aucie. Wykręciłem z dwóch pozostałych masek filtry. Ruszyłem w kierunku rynku. Ruch panował zadziwiający. Ludzie proponowali w straganach swoje towary. Inni, którzy rozłożyli się na spękanej kostce siedzieli skuleni. Kilka domów otaczających rynek, skrywało wewnątrz sklepy z bronią, bary, biura łowców mutantów. Ruszyłem w kierunku jednego z takich budynków. Sara szła za mną trzymając mnie za rękę. Musiała się czuć nie swojo w takim tłumie. Wszedłem do budynku z czerwonym napisem BROŃ. Za ladą stał łysy jak kolano i garbaty facet w średnim wieku. Patrzył na Sarę. Rzuciłem mu na ladę maski. Obejrzał je i powiedział:
- Chcesz je sprzedać. Dostaniesz za nie co najwyżej jeden karabin.
W głębi duszy spodziewałem się że dostanę za nie tylko amunicje. Widać nie zauważył braku filtrów.
- Jaki karabin?
Podniósł się z krzesła. Przeszedł obok półek z zalegającą bronią. Złapał jakąś broń i rzucił na ladę obok masek.
- AKS. Mniejsza wersja AK-47.
- Miał być karabin.
Popatrzył na mnie. Chwycił coś z pod lady i rzucił jakiś czarny karabin.
- M14. Amerykański. Bierzesz?
Podniosłem go. Obejrzałem magazynek, lufę.
- Niezbadany. Dorzuć mi do niego jakąś lunetę.
- Kurwa. Umiesz się targować.
Wyjął z spod lady lunetę i trzy pełne magazynki. Do tego paczkę naboi. Więcej Ci nie dam.
- Może być.
Schował maski, ja zgarnąłem karabin i amunicje. Wyszedłem z Sarą ze sklepu. Skierowaliśmy się w stronę bramy, koło której miałem zaparkowany samochód. Staruszek stał przy nim. Sięgnąłem po dwie puszki konserwy i wręczyłem mu. Uśmiechnął się i podziękował. Wsiadł i przesunął autobus-bramę. Wyjechałem z Bydgoszczy. Zjechałem z drogi i ruszyliśmy pustkowiem w kierunku morza. Mijałem wiele śladów wojny, która doprowadziła do upadku Ziemi. Plakaty porozwieszane po murach wzywające do wstąpienia do armii, spalone pojazdy, obserwujące horyzont szkielety. Gdy przejeżdżaliśmy obok osamotnionego biurowca bełt od kuszy przeszył okno od strony kierowcy i przybił mi nogę do fotela Toyoty. Sara zaczęła się pytać tak jak zawsze, co się dzieje. Kazałem się jej zamknąć i mieć broń w pogotowiu. Nagle wjechałem na minę przeciwpiechotną. Samochód nie wywrócił się, ale opona była w strzępach. Z lewa i prawa wybiegli ludożercy. Kanibale którzy polowali na podróżników. Ci z lewej dotarli szybciej i otworzyli drzwi Toyoty. Wyciągnęli Sarę za włosy z samochodu. Zdążyłem z mojego M14 zabić dwóch, którzy ciągnęli Sarę. Dwa trupy upadły. Sara szarpała się. Chciałem zdjąć kolejnego, aby Sara zdążyła uciec, ale wtedy otworzyły się drzwi od strony kierowcy. Trzej mężczyźni złapali mnie pod ramiona. Bełt który przybił mi nogę zatrzymał na sobie spory kawałek mięsa, niczym szaszłyk. Czwarty osiłek wyrwał ten bełt i zaczął obgryzać z tego co na nim zostało. Widać dawno nie mieli nic w gębie. M14 gdzieś mi wypadło w samochodzie. Miałem jeszcze pod kurtką Scorpiona. Nagle poczułem kopniaka w tył głowy. Obudziłem się wisząc za ręce w biurowcu, w samej bieliźnie. Niegdzie nie było widać Sary. Moje rzeczy leżały na drugim końcu pokoju. Był tam też M14 i Scorpion. Obejrzałem łańcuchy, które mnie uwierały w ręce. Stare i pordzewiałe, ale szarpanie nic by nie dało. Hak na którym wisiał trzymujący mnie łańcuch to była jedyna droga ratunku. Pomieszczenie nie było wysokie. Chciałem spróbować dosięgnąć ziemi, ale nic to nie dawało. Wisiałem za wysoko. Byłem wysportowany więc nogami zaparłem się o sufit. Z tej pozycji było mi się łatwiej wyswobodzić. Jedną nogę przełożyłem zza hak. Podciągnąłem się i z trudem odpiąłem łańcuch. Z hukiem spadłem na ziemie. Do pokoju wbiegł zaniepokojony strażnik z włócznią. Zobaczył to i rozpędzony chciał mnie nadziać, ale owinąłem mu broń w łańcuch który miałem cały czas przy nadgarstkach. Szarpnięciem wyrwałem mu ją z dłoni. Potem ruszył na mnie z pięściami, ale zdzieliłem go łańcuchem. Gdy upadł oplatałem mu szyje moją bronią i udusiłem. Podbiegłem do broni. Karabinek miał pełny magazynek. Stan M14 - 18 naboi na 20. Poszukałem noża i uwolniłem się z krępującego łańcucha. Ubrałem w moje rzeczy. Starą koszulkę, bojówki moro i kurtkę z syntetycznej skóry którą znalazłem w jakimś samochodzie pod Budapesztem. Trzymając ostrze w ręku wyszedłem z mojej celi. Zajrzałem do innych. Były w nich inni ludzie, którzy wołali o pomoc. Ciągle utykałem przez tamten cholerny bełt. Z myślą, że wyposażenie tych ludzi będzie tak jak moje, w celi rozpocząłem je przeszukiwać. Po prawej ode mnie, w ostatniej celi wisiał jakiś otyły handlarz. W jego rzeczach nie znalazłem nic interesującego. Krzyczał za mną żebym go uwolnił, ale nie mogłem sobie pozwolić na ściągnięcie więcej tych debili. Podniosłem ze swojej celi, włócznie po kanibalu. W celi po lewej wisiał wysoki mężczyzna. Gdyby był mądrzejszy bez problemu by się uwolnił. Dotykał nogami podłogi. Teraz wisiał tylko zimny trup. W jego celi w rogu leżał granat rozpryskowy i laska dynamitu. Nic więcej. W kolejnym pomieszczeniu leżały zwłoki bez rąk. Ręce wisiały w łańcuchach. W rogu pokoju leżał wielki topór. Możliwe że średniowieczny i jego ubranie. Podniosłem topór i porównałem z włócznią. Włócznie wsadziłem na plecy za M14. W kolejnym pokoju wisiał bardzo zarośnięty człowiek z odrąbaną nogą. O dziwo jeszcze żywy. Prosił mnie żebym go dobił. Nie dziwie się. Utrata nogi w tych czasach to koniec egzystencji. Zrobiłem o co prosił. W jego rzeczach znalazłem rewolwer Anakonda z trzema nabojami. Ruszyłem dalej. Niestety nie zalazłem nic interesującego. Ludzie w nich też byli w stanie agonalnym, albo byli już martwi. Wszedłem na drugie piętro. Tutaj były tylko dwie cele i dwóch strażników. Jeden pod drzwiami od jednej celi, a drugi pod drugimi. Jeden rzucił się na mnie z nożem, drugi z jakąś maczugą. Pierwszy dobiegł ten z nożem i szybko się nadział na topór, który wypruł mu flaki. Zamachnąłem się na drugiego, gdy ten zdążył podbiec i trafiłem go w szyję. W pierwszej celi leżały zwłoki kobiet. Rozejrzałem się. Na szczęście nie było tam Sary. Pobiegłem do następnego pomieszczenia. Leżały tam rozstrzelane zwłoki mężczyzn. Z parteru wszedłem wyżej. Tutaj byli przetrzymywani zdrowi mężczyźni i kobiety. Wszedłem do jednego pokoju, w którym leżała przywiązana do łóżka zgrabna blondynka. Widać, że wielokrotnie gwałcona. Nie miała nawet siły wyszeptać żadnego słowa. Obejrzałem pokój. Nic w nim nie było. Chyba myśleli, że umarłem po tym kopniaku, albo odstawili mnie na deser. Przejrzałem wszystkie cele. W jednym z nich wisiała Sara rozebrana do naga. Podbiegłem do niej i wyszeptałem:
- Zrobili Ci coś?
- Nie nic. Wiedziałam że przyjdziesz. Wiedzi… - zemdlała.
Sale nie były durze. Standardowe biura. Tylko zamiast biurek były w nich stare prycze. Posadziłem na jednej z takich Sarę i ubrałem. Nigdzie nie znalazłem jej broni. Pewnie jakiś pojeb się o nią zatroszczył. Wyszedłem z Sarą na plecach. Chciałem wyjść tą samą drogą co ostatnio, ale stało już tam paru osiłków. Odczepiłem od pasa granat, który znalazłem w piwnicach. Odbezpieczyłem go zębami. Rzuciłem w kierunku klatki schodowej, gdzie stali ludzie. Sam wszedłem do pustego pokoju. Usłyszałem głuchy wybuch i wrzask. Głośny i donośny. Wyszedłem z Sarą na plecach. Wyjąłem rewolwer i stanąłem na klatce schodowej. Na dole stali mężczyźni ze Szponami Śmierci na grubych łańcuchach. Jeden wyglądający jak wódz powiedział:
- Poddaj się. Nie masz szans z tymi bestiami.
Musiałem wymyślić szybko jakiś dobry środek eksterminacji. Miałem dynamit, ale nie miałem zapalniczki. Musiałem coś wymyślić. Zrzuciłem dynamit na dół. Jakiś facet go podniósł. Wtedy uniosłem rewolwer. Musiałem trafić z laskę dynamitu. Rozległ się wystrzał. Niestety chybiłem, ale trafiłem człowieka w głowę. Runął na ziemię trzymając wciąż dynamit zaciśnięty w ręce. Teraz musiało mi się udać. Blam, rozległ się drugi strzał, a zaraz po nim wybuch. Kawałeczki mięsa ludzkiego i Szponów Śmierci unosiły się i opadały. Mnie samego cisnęło do tyłu razem z Sarą. Podniosłem się, chwyciłem Sarę i ruszyłem do wyjścia. W uszach nadal mi dzwoniło. W broni miałem jeszcze dwa naboje, które wykorzystałem do dobicia miotających się jeszcze Szponów Śmierci. Te stwory były naprawdę bardzo wytrzymałe. Schowałem rewolwer i chwyciłem Skorpiona. Wybiegłem z budynku. Nie widziałem żadnego pojazdu. Pognałem przez bramę w kierunku pustyni. Po kilku kilometrach, kiedy biurowiec zniknął mi za wzgórzem piasku, przestałem biec. Zacząłem również czuć cholerny ból w nodze. Uszedłem tak jeszcze kawałek z Sarą na plecach kiedy straciłem przytomność i upadłem w piach.
Słońce wpadało przez szpary w deskach wprost na moje oczy. Pamiętałem, że upadłem w piasek. Powinienem się udusić. Zbliżyłem głowę do jednej ze szczelin żeby zobaczyć gdzie jestem. Wkoło było kilka chat z nierównych desek. Pomiędzy budami stał maszt, a na nim łopotała biało-czerwona flaga. Ostatni raz widziałem taką w mojej jednostce. Zastanawiałem się czy ktoś z niej jeszcze żyje z moich dawnych towarzyszy. Zauważyłem biegające wokół flagi dzieciaki . Pewnie bawiły się w berka. Usiadłem na łóżku. Nawet materac miało, ale nie jakiś tam ze szmat, tylko prawdziwy, taki jak przed wojną. Na krześle leżały moje ubrania i ekwipunek. O dziwo ujrzałem tam nawet resztę amunicji do M14, której nie mogłem znaleźć w biurowcu, gdy byłem więziony. Ubrałem się. Otworzyłem drzwi. Moim oczom ukazała się Sara siedząca przy stole i rozmawiająca z jakimś staruszkiem. Jedli w dodatku jakąś zupę. Staruszek, gdy mnie zobaczył zeskoczył z krzesła i się przywitał.
- Jestem Mefisto. Tutejszy lekarz.
Staruszek był ubrany jak góral. Góralskie spodnie, dosyć biała koszula i narzuta, która równie dobrze mogła być kocem. Mimo tego nie wyglądał jak góral. Jak przed wojenny góral.
- Witaj. Xaraf jestem. Sara Ci się już pewnie przedstawiła. Nie wiesz co się ze mną działo?
- Ależ wiem. Pokonałeś ludożerców. Jesteś dla nas bohaterem. Te łajzy już sobie za dużo pozwalały. Wtedy zwróciłem uwagę, że Sara miała znowu przy basku swój pistolet.
- Gdzie ja jestem?
- Wybacz, już dawno powinienem Ci to powiedzieć. Jesteś w osadzie o wdzięcznej nazwie Polka. Wszyscy są na twoje rozkazy, żądaj czego tylko chcesz.
- Spokojnie staruszku. Nic wielkiego nie zrobiłem. To ja powinienem wam dziękować. Inaczej pewnie na słońcu zrobiłby się ze mnie suchy skwarek.
- Ale jakbyś nie zaryzykował, wtedy na pewno wybili w końcu tą wioskę co do nogi. Zapoznam Ci z naszą sytuacją. Siadaj, siadaj. Wskazywał krzesło - Na pewno jesteś głodny.
Ruszył ku prymitywnej kuchni żeby nalać mi zupy.
- Wiesz coś o tym, kotku? - zapytałem się Sary.
- Wiem. Gdy usłyszeli wybuch pomyśleli, że ktoś tępi tych ludożerców. I okazało się, że to byłeś ty. Oni zbiegli i przyjechali czym mogli, ale zostało już tylko kilku. Zabiłeś większość, mój ty bohaterze. W dodatku w tamtym budynku było mnóstwo ludzi z tej wioski - pocałowała mnie w usta.
- Dobrze wiesz, że jak bym nie stracił przytomności, uciekł bym?
Nagle przed moim nosem wylądowała miska z ciepłą, pachnącą zupą. Zacząłem jeść, a staruszek opowiadał mi historie tej osady.
- A więc to było tak. Żyliśmy sobie tutaj odkąd spadły bomby. Kiedyś podobno było tu jakieś większe miasto, ale to jest mało ważne. Jakiś rok temu zawitali tu Ci gnoje. Mieli trochę jedzenia, ale skończyło im się po miesiącu. Wtedy wpadli na pomysł żeby jeść ludzi. Przyjeżdżali sobie więc do wioski i porywali ludzi. Najczęściej kobiety, w tym moją córkę, świętej pamięci. I na pewno trwało by to do dzisiaj, gdyby nie Ty.
- A więc was uratowałem? Roześmiałem się głośno - Daruj sobie. Idę się rozejrzeć po tej wiosce. Sara idziesz?
Właśnie odsuwałem od siebie pustą miskę.
- Jasne - odpowiedziała.
- A i wasze autko jest u miejscowego mechanika. Ładnie ucierpiało - powiedział jeszcze staruszek.
Osada była naprawdę duża, chociaż większość z chat stało pustych. Przy zamieszkanych budynkach stali ludzie i gapili się na mnie. Jedni podejrzliwie, jedni z wielkim uśmiechem i wdzięcznością. Szedłem z Sarą zapiaszczoną ścieżką, gdy podbiegł do nas gruby handlarz. Ten sam który wołał o pomoc w podziemiach biurowca. Był mi bardzo wdzięczny za zabicie kanibali. Pogadaliśmy trochę, a pod koniec rozmowy wręczył mi prezent. Prawdziwy UKM 2000. Polski karabin maszynowy. Świetny do opanowywania tłumów. Jeszcze chwile porozmawialiśmy i rozeszliśmy się. Musiałem jeszcze odwiedzić mechanika, który miał na mój samochód, ale wiatr się zmagał i powstawała pomału burza piaskowa. Wróciłem do chaty staruszka, który właśnie osłaniał od środka jakimś materiałem ściany. Deski nie były szczelne, a piasku nawiewało dość sporo. W pokoju w którym na razie spałem materiał był akurat przybity i przywiązany pod sufitem. Wystarczyło poluzować sznurek, żeby ściany pokryły się tym materiałem. W moim lokum, które zająłem było nawet okno. Niby nic szczególnego, ale to było oszklone. Wyjrzałem przez nie. Ludzie zamykali w swoich chatach drzwi. Rozwijali koce na oknach bez szyb. Po upływie 20 minut na zewnątrz było tak gęsto piachu niesionego z wiatrem, że nie widziałem nawet masztu, który stał nie daleko tej chaty. Sara objęła mnie rękami od tyłu i zaczęła ciągnąć w kierunku łóżka.
Obudziłem się rano. Sara jak zawsze spała. Okazało się, że staruszek, który położył się kuchni też jeszcze drzemał. Na dworze panowała cisza, jak zawsze po burzy piaskowej. Wróciłem do pokoju, usiadłem przy niewielkim stole i rozłożyłem mapę. Zastanawiałem się, gdzie leży ta wioska. Byliśmy w Bydgoszczy, złapali nas koło Koronowa. Zacząłem w myślach układać naszą trasę. Usłyszeli podobno wybuch dynamitu. A więc musimy być gdzieś tu. Zatoczyłem palcem niewielkie kółko koło Nowego Dworu. Sięgnąłem do spodni po kompas. A więc teraz na Grudziądz. Ubrałem się i nie budząc starca ruszyłem do fachowca, który spał na jakimś fotelu wymontowanym z jakiegoś samochodu. Obudziłem go grzecznie kopniakiem po nogach:
- Witaj. Jesteś mechanikiem?
- Tak, tak. To ja, Mariusz jestem. Ty to pewnie ten wybawiciel. Jak Ci to tam było Xsarr… Xsar… Xaraf.
- Co z moim samochodem?
- Jakby Ci to powiedzieć.
- Powiedz wprost.
- Ta mina rozerwała całe koło i uszkodziła wahacz, którego nie jestem w stanie wymienić.
- Co?
- Spokojnie. Mieszkańcy zgodzili się żebym dał Ci inny pojazd. A mogę zapytać dokąd podróżujesz?
- Nad morze. A jakie samochody masz do zaoferowania.?
- W wiosce są tylko cztery sprawne auta.
- Jakie?
- Mamy mamy, no ten, kurwa, tego Fiata 126p, Volkswagena Microbusa, Poloneza Analoga i ciężarówkę STAR.
Zacząłem rozpatrywać wszystkie za i przeciw. Ciężarówka za dużo pali, mikrobus jest za wolny, maluch za mały. Polonez. Tak zabiorę Poloneza.
- Dobra panie mechanik, zabiorę Poloneza.
- Myślałem, że się na to zdecydujesz. Naprawdę fajne fura. Stoi za moim domem, masz kluczyki. Miłej podróży.
- Chwila. A rzeczy z mojego starego auta to gdzie są?
- Fakt. Twój samochód też gdzieś tam stoi. Przełóż sobie.
Ruszyłem. Faktycznie, samochody stały koło siebie. Ku mojemu zdziwieniu tajemniczy Analog okazał się pick-upem takim jak Toyota. Zacząłem przekładać rzeczy, a na koniec jeszcze spuściłem benzynę ze starego samochodu do jednej z beczek. Analog był zatankowany.
Zatrzymałem się przed chatą staruszka. Domyślił się, że niedługo wyjadę więc uszykował spory zapas jedzenia. Suszone mięso, kreta na patyku, kilka przedwojennych pączków i kawę w słoikach. Chciał mi jeszcze wręczyć starą dubeltówkę, ale powiedziałem mu, że mam dosyć broni. Sara podziękowała mu za wszystko. Próbował nas namówić żebym zostali na stypie po ofiarach kanibali, ale woleliśmy nie naużywać ich gościnności. Staruszek życzył nam jeszcze dużo szczęścia. W samochodzie wręczyłem Sarze Skorpiona. Sam miałem M14 i UKM. Do tego Anakondę bez amunicji. Jechaliśmy pustynią. Trzymaliśmy się dalej od drogi, gdzie nie było tyle gruzów i wraków. Obiecałem sobie już żadnych więcej niespodzianek i pułapek. Sara odchyliła się do tyłu i sięgnęła po Nuka Cole. Nigdy jej nie lubiłem. To nie było to co przed wojną, ale zawsze gasiła pragnienie. Droga mijała szybko. Stwierdziłem, że Polonez był zmodyfikowany, gdyż jechał o wiele szybciej. Grudziądz okazał się jednym wielkim kraterem. Licznik Geigera dało się słyszeć z paki Poloneza aż w kabinie. Musieliśmy jak najszybciej stamtąd odjechać. Ale droga nie była aż taka przyjemna. Polska od Grudziądza po Bałtyk okazała się po przestrzelana jak ser szwajcarski. I ten hałasujący licznik. Po raz pierwszy raz w życiu widziałem takie skażenie. Ale miało to jedną zaletę. Nie musiałem obawiać się innych ludzi. Z pewnością by nie przeżyli wystawieni cały czas na promieniowanie. Co innego ghule. Te gnojki, kiedyś ludzie, teraz napromieniowane żywe trupy osiedlały się w takich napromieniowanych miejscach bezpieczne od prześladowań, od zdrowych ludzi. Z daleka nawet widziałem łunę światła która mogła by być miastem ghuli, ale musiałem jak najszybciej przejechać tą napromieniowaną strefę.
Po około 75 kilometrach w okolicach Tczewa licznik Geigera zaczął milknąć. Lecz ja nie czułem się najlepiej. Sara nie odzywała się od 20 kilometrów, a jej głowa swobodnie zwisała jak choinkowa bombka. Powtarzałem sobie w myślach, a żeby tylko nie umarła. Po kolejnych 40 kilometrach było widać pierwsze zamieszkałe budynki w zrujnowanym Gdańsku. Pędząc szeroką drogą wstrzyknąłem Sarze anty rad’a. Nie przejechałem tej całej drogi, nie zabiłem tylu ludzi, nie żyłem po to żeby zabiło mnie takie coś jak promieniowanie!
Xaraf zatrzymał się i wypełzł z samochodu. Podbiegło do niego kilku ludzi, a on wrzeszczał:
- Sanitariusz! Lekarz!
Stracił przytomność i nigdy się nie obudził.
W tym czasie Sara trafiła do lekarza nazywanego Jargoniem. Jargoń z trudem uratował Sarze życie. Xarafowi nie zdążył. A może nie chciał? Pewne jest że Xaraf miał niezwykłą przygodę. A każdy kto odwiedzi osadę o nazwie Polka, zawsze wychodzi z niej zauroczony opowieściami pewnego starca o bohaterze Xarafie, teraz zapomnianym i pochowanym w jakiejś dziurze. Tak się kończy ta historia.
Koniec!
Autor: S.W.A.T
#9
Napisano 01 grudzień 2009 - 22:38
Użytkownik Zwirz dnia 01 grudzień 2009 - 21:55 napisał
Można w tym temacie zamieszczać wszystko co sami stworzycie. Nie muszą to być koniecznie recki.
Użytkownik Son dnia 01 grudzień 2009 - 22:07 napisał
Pracuje nad tym stale i idzie mi(moim zdaniem) coraz lepiej :) Zmieniłem to zdanie i czy nie jest lepiej?
Jeszcze jakieś uwagi? ;)
89% graczy uważa że najważniejsza jest grafika, jeśli należysz do tych pozostałych 11% to znaczy ze grasz/grałeś w TIBIE i chcesz sie przed tym faktem usprawiedliwić :)
#10
Napisano 02 grudzień 2009 - 01:43
Recenzjo-zapowiedź M.A.G
#11
Napisano 02 grudzień 2009 - 20:35
http://wizziuszwizz.blogspot.com/
#13
Napisano 02 grudzień 2009 - 22:19
Użytkownik Son dnia 02 grudzień 2009 - 21:55 napisał
Z tego co wiem to mamy wolność słowa, a blogerzy są w miarę nietykalni na tym polu (sam nieraz już obraziłem ludzi z pewnej firmy od Okien).
#15
Napisano 02 grudzień 2009 - 22:26
#16
Napisano 02 grudzień 2009 - 22:45
Moj blog.
Zaczynam tam pisac recenzje roznych gier, od malo znanych po bardzo znane ;)
Oceniajcie tam moje wpisy :)
#17
Napisano 02 grudzień 2009 - 23:15
Co do wierszyka. Wizii chyba chciał w nim wyrazić swoje odczucia co do szkolnictwa, no ale ujął to zbyt wulgarnie :D
89% graczy uważa że najważniejsza jest grafika, jeśli należysz do tych pozostałych 11% to znaczy ze grasz/grałeś w TIBIE i chcesz sie przed tym faktem usprawiedliwić :)
#18
Napisano 03 grudzień 2009 - 11:11
Zapraszam do mnie.
S.W.A.T - Spowiedź Świra
#19
Napisano 03 grudzień 2009 - 11:28
Użytkownik S.W.A.T dnia 03 grudzień 2009 - 11:11 napisał
Zapraszam do mnie.
S.W.A.T - Spowiedź Świra
Pierwszy wpis jaki zobaczyłem i uznałem, że nie warto patrzeć dalej (popracuj nad rozplanowaniem bloga, bo cała prawa strona jest niewykorzystana)
#20
Napisano 03 grudzień 2009 - 16:35
Użytkownik Son dnia 02 grudzień 2009 - 21:55 napisał
Na szczęście nie użyłem prawdziwych nazwisk:) Choć co prawda mogłem o tym napisać:)
Co do tego czy jest fajny czy nie... hmmm każdy ma prawo się wypowiedzieć po to go zresztą zamieściłem:)
Takie jest moje odczucie i tak napisałem:)
Co prawda muszę popracować nad budową i treścią bloga bo nigdy się w coś takiego nie bawiłem. Szczególnie razi mnie ten szablon szukam czegoś lepszego:)
- (13 strony)
-
- 1
- 2
- 3

- Ostatnia »

Logowanie
Rejestracja
Pomoc


Cytuj








